Wyprawa seniorów – gdzie diabeł mówi dobranoc

Categories Podróże, Styl ŻyciaPosted on

Tym razem postanowiliśmy pojechać tam, gdzie nas jeszcze nie było. Koniec z ulubionymi miejscami. Czas na zmiany. Na dodatek zabraliśmy ze sobą naszą, kochającą luksus i wygodę, przyjaciółkę – Urszulę. Przy takim kontraście naszych i jej upodobań, wyprawa po przygodę zapowiadała się interesująco.

Autorka tekstu i zdjęć: Grażyna Tarnowska
Na zdjęciu powyżej: Jezioro Wdzydze

Nasza urocza kwatera

Łabądki itp.

Wodząc palcem po mapie trafiliśmy na Kaszuby, świetnie, tam nas jeszcze nie było więc mamy okazję na coś nowego. Cudownie, miejsce się losowo wybrało samo, a teraz czekało nas jeszcze znalezienie noclegów. Z powodu panującej od dłuższego czasu słonecznej pogody dużego wyboru nie było. Znaleźliśmy wreszcie, po dłuższych staraniach, willę w niewielkim miasteczku o pretensjonalnej, arystokratycznej nazwie. Pokoje były dostępne w upatrzonych przez nas terminach i na dodatek całkiem dobrze prezentowały się na zdjęciach. Były niedrogie. Rezerwujemy, pakujemy się, jedziemy i po 4 godzinach jesteśmy na miejscu. Mała senna mieścina, niewielki piętrowy domek zwany szumnie willą, otoczony dość dużym ogrodem z oczkiem wodnym, a przy nim dwa zakochane łabądki i gąski idące rzędem i plastikowe kaczuszki na wodzie, a na trawie drepczące kurki. Całego tego towarzystwa pilnował rosły uśmiechnięty krasnal. Śliczności. Nawet siedzące, gdzie nie gdzie, wrony były sztuczne, co w pewnym sensie miało swoje zalety. Nasze pierwsze wrażenie było więc słodko – szokujące, ale byliśmy zbyt zmęczeni żeby to oceniać. Pełni nadziei na lepsze jutro zajęliśmy całkiem wygodne pokoje żeby tam zasnąć po trudach podróży.

Rano okazało się, że cała „willa” należy do nas, nikogo oprócz nas tam nie było, istny raj na ziemi z pysznym śniadaniem podanym do stołu na tacach. Stoły i półki ozdobione zielonymi żabkami i żółwikami prezentowały się uroczo i dopełniały stylu posiadłości.

Agroturystyka w pełnej krasie.

Idziemy w miasto

Porcelana

Pani gospodyni była niezwykle miła i uczynna, pokazała nam drogę do miasta. Poszliśmy i zdziwieni stwierdziliśmy, że na głównym deptaku miasteczka jesteśmy zupełnie sami. Jak to? Czy tu nikt nie mieszka? Dotarliśmy do rynku i znaleźliśmy restaurację z ogródkiem pod parasolami. Zajęliśmy stolik i w oczekiwaniu na obsługę rozglądaliśmy się wokół. Dookoła rynku były małe sklepiki, pustawe restauracyjki, jakieś pamiątki i informacja turystyczna. Cicho, że aż w uszach dzwoni. Na twarzy Urszuli widać było rozczarowanie, jej oczy zdawały się pytać – gdzie ja jestem i właściwie po co tu przyjechałam?

Wkrótce zjawiła się młoda, ładna kelnerka, przyjęła zamówienie i biegnąc do kuchni powtarzała – turyści przyjechali, turyści!!!

Poczuliśmy się dowartościowani, w końcu byliśmy tu najważniejsi. Twarz Uli jakby się rozjaśniła, widać było, że poczuła się znacznie lepiej. Przy rachunku sypnęła napiwkiem; ona to kocha.

Do naszej „willi” wróciliśmy taksówką, bo Ula nie lubi wspinaczki pod górkę. W sumie to był dobry pomysł, bo z taksówkarzem zawsze warto pogadać. Z czego ludzie tu żyją? – zapytałam.

Droga pani – odpowiedział – Tu ludzie tylko wegetują, żyją wręcz na kredyt. Spłacają jedną pożyczkę zaciągając następną. Wyjeżdżają do Niemiec i tak jakoś życie się toczy. Jedynym poważnym pracodawcą w okolicy jest niewielka fabryka porcelany.

To była dla nas ważna informacja. Musimy tam pojechać.

Układamy plan

Nie, nie, nie będziemy tu siedzieć i jeść. Tu musi być coś ciekawego, to przecież Kaszuby.

Urszula zostawiła nam w tym względzie wolną rękę, ale pod warunkiem, że ona wybierze restauracje, w których będziemy jedli obiady. Ma być smacznie, elegancko i już. Akurat do tego nie trzeba było nas długo namawiać.

Z informacji turystycznej wzięliśmy mapę okolicy i ułożyliśmy plan. Okazało się, że wokół jest mnóstwo ciekawych miejsc do odwiedzenia. Muzeum Kolejnictwa ze starymi parowozami, do których można wejść, muzeum akordeonów, Park Krajobrazowy nad jeziorem Wdzydze, fabryczny sklep z porcelaną, w którym można kupić piękne rzeczy w przystępnych cenach i dwa regionalne zajazdy gdzie można dobrze zjeść. Ula była usatysfakcjonowana i miałam wrażenie, że wyprawa zaczynała się jej podobać. Dobra nasza, pomyślałam.

Jedziemy nad Wdzydze

Zdecydowaliśmy się najpierw odwiedzić Wdzydzki Park Krajobrazowy. Uruchomiliśmy GPS i w drogę. Jechaliśmy pod kierownictwem GPS prawie godzinę i nic; tylko pola i łąki i jakaś mała wioska, do której nas zaprowadził ów system, kazał wjechać na podwórko gospodarstwa i oświadczył „jesteście na miejscu”. Najwyraźniej diabeł sobie o nas przypomniał i wyprowadził na manowce, ale żeby również GPS oszukać? No cóż, moc piekielna ma swoje sposoby. Trzeba było zawracać. Kolejną godzinę zajęła nam jazda po szutrowych drogach, lasach i opłotkach, aż wreszcie jest, jest Wdzydze.

Jezioro schowane w puszczy, dzikie i piękne ze stojącą na brzegu drewnianą rzeźbą Światowida. Swojsko. Wdrapaliśmy się na wieżę widokową, Urszula została w kawiarni, bo na wieżę nie wjeżdżały taksówki. Podziwialiśmy z wysoka okolicę. Przepastne bory okalające jezioro o nieregularnych kształtach, żaglówki na wodzie, kajaki i przystań dla niewielkich jachtów. Turystów nie było zbyt wielu. Wzdłuż brzegu stały rzędem namioty. To miejsce nie sprawiało wrażenia kurortu i na tym polegał cały jego urok.

W drodze powrotnej do naszej „willi” wstąpiliśmy do sklepu fabryki porcelany. Czego tam nie było? Serwisy tradycyjne i nowoczesne, filiżanki, talerzyki i kubeczki. Piękne wzory. Kupiłam maselniczkę, zawsze chciałam taką mieć.

Obiad zjedliśmy oczywiście w regionalnym zajeździe. Podano smażone sielawy z młodymi ziemniakami i koperkiem, a przedtem zupę kurkową. Tak dobrego jedzenia dawno nie jadłam.

Ula popatrzyła na mnie z wyższością jakby chciała powiedzieć. A widzisz? Co luksus to luksus.

Parowozy i akordeony

Swojskie wędliny

Następny dzień spędziliśmy w Muzeum Kolejnictwa wśród starych parowozów i w Muzeum Akordeonów.

Parowozy były imponujące, jedno koło takiej lokomotywy miało średnicę równą wysokości dorosłego człowieka. Największe wrażenie zrobił na mnie dawny wagon sanitarny, przeznaczony dla rannych żołnierzy. Zrobiłam zdjęcie.

Po dwóch godzinach pojechaliśmy oglądać akordeony. Było ich mnóstwo, solidne niemieckie instrumenty, rosyjskie harmoszki, akordeony angielskie i francuskie, a nawet nasze, polskie produkowane kiedyś w Bydgoszczy.

Jeden z instrumentów nie był zamknięty w gablotce, stał sobie na stoliku jakby czekał na muzyka, który przywróci go do życia.

Ula spokojnie podeszła do instrumentu, zarzuciła szelki na ramiona i zaczęła grać.

Tango milonga wypełniło melodią muzealne sale. To było niesamowite. Okazało się, że ten akordeon rzeczywiście był przygotowany dla turystów. Ula dała popis gry – aż miło było posłuchać.

Kolejny obiad i kolejny zajazd. Tradycyjny, kaszubski. Podano kaszubską misę jadła. Porcja mniej więcej jak dla pułku wojska, ledwie daliśmy radę, ale było warto.

W sklepiku przy restauracji kupiliśmy swojskie wędliny i ryby w zalewie octowej. Obładowani zakupami wróciliśmy na nocleg.

Wracamy do domu

Toruńska starówka

Minęły trzy dni naszej wyprawy i trzeba było wracać do Warszawy. Po drodze wpadliśmy jeszcze do Torunia, bo tego przepięknego miasta nie można tak po prostu ominąć. Nie ominęliśmy; zwiedziliśmy całą starówkę. Przepiękna.

Po dwóch godzinach byliśmy już w drodze. W samochodzie zrobiło się jakoś cicho. To były tylko trzy dni, a nam się zdawało, że minęły dwa tygodnie. Tyle się wydarzyło, tyle pięknych miejsc zobaczyliśmy, aż nie chciało się wracać do domu.

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl