Tak, tak Gerwazeńku [Felieton Hanki]

Categories FelietonPosted on

Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś będę komentować czyjś sposób ubierania się. Teksty typu: „jak okropnie ta dzisiejsza młodzież wygląda”, mogły wygłaszać tylko jakieś strupieszałe, upiorne staruszki siedzące na kanapie i mające za złe. Los bywa jednak nieprawdopodobnie przewrotny, bo gdy któregoś razu rozsiadłszy się z przyjaciółmi na werandzie, zaczęliśmy wymieniać poglądy (czyt. narzekania) na temat „produkcji” filmowych i telewizyjnych, ich bohaterów, mody itp. okazało się, że marudzimy i to nielicho. A czego się tak uczepiliśmy?

Autorka: Hanka Bagińska
Zdjęcia: kadr z filmu „Peccato che sia una canaglia”, żródło: Wikimedia Commons

Mówią panowie

Koledzy wyznali chórem, że z łezką w oku wspominają dawne czasy, kiedy nadejście wiosny i lata oznaczało wyjście na ulice pięknych kobiet w kolorowych, zwiewnych sukienkach, biegających wprawdzie w butach na obcasach, ale normalnych do chodzenia, w których nogi wyglądały powabnie, a nie jak protezy na szczudłach.

Wkurza ich widok młodych dziewczyn wbitych w obcisłe do granic możliwości, obowiązkowo obszarpane dżinsy paradujące w trzydziestostopniowym upale. Są trudne do odróżnienia, bo przyodziane w ciemną, obcisłą bielizną, albo wręcz podkoszulki ciężarowca, z ramiączkami staników na wierzchu, wyglądają wszystkie jak czarne wdowy. Włosy obowiązkowo długie, proste, sprawiające wrażenia jakby nie myto ich od tygodni, ostry makijaż w środku dnia, który w naszych czasach stanowił obowiązkowy rynsztunek do pracy panienek wiadomej konduity. Dekolty owszem mają, ale cały „towar” wywalony, jak na wystawie, niczego nie pozostawia wyobraźni. A jeśli już nawet panienka założy spódniczkę, to też nie ma pola do domysłów, bo odzienie kończy się tuż za spojeniem łonowym. Każda „musi” być seksowna, a w takim wydaniu przecież nie jest.

A jak już któraś zdecyduje się na styl dziewczęcy (przeważnie dotyczy to pań po czterdziestce), to z uporem maniaka prezentuje to, co stanowi najsłabszy punkt kobiecej urody, czyli zbyt kościste lub tłuste kolana. Baczny obserwator zauważa tylko wielką głowę osadzoną na chudziutkim korpusie, z którego wystają patykowate rączyny i nóżki – przypomina mu to bardziej stwór kosmiczny niż płeć zwaną piękną.

Panie mają głos

A gdy panie dorwały się wreszcie do głosu, to żaliły się, że też nie mają już na kim oka zawiesić, bo wśród panów cieszy się największym wzięciem „styl” sportowy, z uporem lansowany w mediach, teatrach, operze, kawiarniach. Wszyscy noszą dżinsy powypychane, powycierane, wystrzępione, „ozdobione” o zgrozo w „strategicznych” miejscach błyszczącym guziczkiem, przetarciem od częstego używania, aplikacją, jakby to coś, co rządzi męskimi poczynaniami wołało: tu jestem, tutaj!

Wszyscy (nawet ci, uchodzący za mądrych), wciskają. jakby się umówili, część poły koszulki w spodnie, bo tak jest modnie, czyli głupio. Ci, którzy mają włosy golą je na łyso lub prawie, upodabniając się do skinów, a przecież logika wskazuje, że powinni się cieszyć włosami, póki je mają.

Inny obrazek – dziennikarze w pracy: nad biurkiem widać ładną koszulę, marynarkę i krawat, a gdy takowy wstanie, czar pryska, bo od pasa w dół widać łachudrę w zmiętolonych dżinsach. Ludziee!!! Przecież dżinsy, to ubiór pastuchów amerykańskich! I niech takim zostanie! Owszem, dopuszczalny na działce i wycieczce, dozwolony na co dzień dla dwudziestolatków (przesuńmy litościwie tę granicę do trzydziestki, ale nie dalej). Dżins nie jest wygodny: sztywny po namoknięciu, ziębi w zimie, a grzeje w lecie. Dużo milsze i ładniejsze są sztruksy, kombinacje wełen i lnu.

Mężczyzna w spodniach z kantem, marynarką o odpowiedniej długości (a nie przyciasną i zbyt krótką), doprasowany, wymyty i pachnący, odpowiednio się też zachowuje. Nie trzyma ręki w kieszeni stojąc na scenie, czy przeprowadzając wywiad, nie rozwala na siedzeniach, jest uprzejmy i doskonale wie, co to kindersztuba.

Z takim warto w marzeniach zatańczyć walca, w długiej, pięknej sukni i w wytwornym otoczeniu. Ale cóż z tego, przystojniacy tacy, jak np. bohater „Magdy M” szybciutko wyskoczyli z garniturów i przeobrazili w zarośniętych meneli, a ich miejsce zajęli amanci, których aparycja predestynuje do odgrywania ról bohaterów powstań ludowych w minionym okresie.

O obowiązującym „tryndzie urodowym” najlepiej świadczy zamiana Bondów: toporny James Craig zamiast Pierce’a Brosnana.

I jeszcze kolorki. Mężczyźni się na tym nie znają, ale stylistki, niestety też, bo łączą beztrosko granat z brązem, a w damskich strojach nadużywając jaskrawych zestawień od których zęby bolą: róż z czerwienią, granat z fioletem i przysłowiowy kwiatek z kożuchem, kratki z kropkami, dżinsy ze szpilkami.

Znowu panowie

Panowie z zapałem podjęli temat obiektów do marzeń. My nie potrafimy tych „gwiazd” i gwiazdeczek od siebie odróżnić. Wszystkie mają długie włosy, a większość nadmuchane usta i powiększone piersi. Wyglądają przeważnie jak lolitki, grzech o takich myśleć; a dojrzałych, świadomych swego uroku kobiet ani śladu, chyba dopiero po sześćdziesiątce.

Do obowiązującego kanonu urody dołączyły: końska twarz, małe oczka z lekkim zezem, usta jak po zoperowanym rozszczepie podniebienia + 2-3 miny na każdą okazję, jako kompletny arsenał środków aktorskiego wyrazu. Trzeba przyznać, że ideał urody o lata świetlne odbiega od reprezentowanego przez Sophię Loren czy Ginę Lollobrygidę; na polskim podwórku też wtedy piękności nie brakowało. Owszem, teraz też są młode aktorki, zwracające uwagę urodą, ale coś ich mało i przeważnie nie grają głównych ról; widać brzydule mają większą siłę przebicia.

* * *

I tak ciągnął się ten dwugłos przez całe spotkanie, nie dając żadnych rezultatów poza „upuszczeniem pary” spod podskakujących na naszych mózgownicach pokrywek. Na zakończenie, pomagając sobie piwem, odśpiewaliśmy zgodnie „Gdzie ci mężczyźni” i dla równowagi „Seksapil, to nasza broń kobieca” i rozeszliśmy się do domów.

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl