Starość sama sobą się nie wzruszy [Rozmowa z legendarną aktorką Zofią Czerwińską]

Categories Aktualności, Rozmowy, SpołeczeństwoPosted on

Debiutowała razem z Andrzejem Wajdą w filmie „Pokolenie”. Później przez 60 lat nie zeszła ze sceny. Rozśmiesza, wzrusza i inspiruje. O starości i  czasach „Misia”  i „Alternatyw 4” – Zofia Czerwińska.

Weronika Piórkowska: Podobno dla aktora najtrudniejsze jest wyjście z roli.

Zofia Czerwińska: Bzdura. Proszę sobie wyobrazić, że Hamlet jeszcze przez trzy dni po spektaklu chodzi po ulicy niczym książę. Aktorzy, owszem, są wspaniałymi artystami, ale dość pospolitymi, włącznie ze mną. Nie ma żadnej trudności. Oczywiście, jeżeli rola wymaga ekspansji uczuć, to jest ona robiona po to, by zareagowała publiczność, nie aktor. Zejście ze sceny robi z nas zwykłych ludzi. Ewentualnie rozpamiętujemy, jak została przyjęta rola. Oceniamy siebie i publiczność. Aktorzy często po nieudanym występie winę zwalają na publiczność Jestem 60 lat aktorką i widziałam dużo. Aktor wychodzi z roli natychmiast po jej skończeniu. Może być najwyżej niezadowolony widownią, która nie zareagowała na to tak, jak tego chciał.

Czyli udawało się Pani zawsze oddzielać grubą kreską swoje aktorstwo od życia osobistego?

Może ta kreska nie była aż tak gruba, bo te dwa światy zawsze się przenikały. Niech pani nigdy nie wierzy aktorowi, który mówi „wychodzę z teatru i w życiu jestem całkowicie naturalny”. Nieprawda. Jeżeli ktoś jest zawodowym kierowcą, to nawet jako pasażer instynktownie obserwuje drogę. Aktor w życiu prywatnym gra, ale inaczej. Ma w sobie taką dozę udawania, że przenosi się  ono na życie prywatne. Bezwiednie. Kompletnie inaczej zachowuję się, gdy wychodzę na ulicę, a jestem zawsze umalowana i w klipsach, nawet z psem wychodzę w klipsach i pomadką na ustach. Mam już to szczęście w życiu, że ludzie uśmiechają się na mój widok. Nie ma lepszej recenzji dla aktora niż akceptacja. Może dlatego, że jako aktorka przeważnie rozśmieszam, nie zasmucam. Może teraz coraz mniej, bo jestem coraz starsza, może śmieją się z politowania. Jestem znana z tego, że jestem ciągle uśmiechnięta. Ludzie myślą, że muszę być szczęśliwa, ale nie jest tak do końca, świadomie wybieram uśmiech. Wtedy lepiej wyglądam. Na szczęście potrafię się cieszyć z drobnych rzeczy. Ten śmiech jest we mnie, a wszyscy aktorzy w jakimś stopniu automatycznie ciągle grają.

A nie dotyczy to wszystkich ludzi?

Naturalnie. Gdy chcemy iść do sąsiadki i nawtykać jej za zalanie mieszkania, to zaczynamy grać złość. Nie jesteśmy świadomi ról i masek, które przyjmujemy. Aktorzy działają z nieuświadomioną premedytacją. Cały świat udaje. Jesteśmy szekspirowską sceną.

Gdy zadebiutowała Pani w filmie „Pokolenie” w 1954 r. u nikomu nieznanego Andrzeja Wajdy, zawiózł Panią na plan filmowy nikomu nieznany Roman Polański. Czy 18-letnia Zosia chociaż przez chwilę przypuszczała, że tak wyreżyseruje się jej życie?

W żadnym wypadku. Samo to, że pojechałam wtedy grać w tym filmie, było dla mnie niewiarygodną przygodą. Nie byłam wtedy najpiękniejsza. Miałam jeszcze stary nos. Studenci szkoły teatralnej nie mogli w tamtym czasie grać w filmach. Bałam się, że mnie wyrzucą. Nie mogliśmy nigdzie dorabiać, a stypendium wynosiło 270 zł. To starczyło tylko na obiady. Dla mnie tamtej Romek, który na jego szczęście nie dostał się do szkoły teatralnej, był zwykłym chłopakiem. Pojechaliśmy do Łodzi, czekała na nas taksówka. Znosiłam to jakby kolanach. To były czasy siermiężne. Ciemne. A film to był prawdziwy luksus. Wchodzę do hotelowego pokoju. Pojedynczego. A przy łóżku jest telefon! W dodatku działa i właśnie dzwoni. Pierwsza myśl: – Pomyłka, słyszę: – Mówi operator Mieczysław Jagoda, zapraszam na kawę. Po piętnastu minutach dzwoni Tadeusz Janczar, bardzo sławny wtedy aktor. Za kilka sekund słyszę pukanie do drzwi, a tam wchodzi Andrzej Wajda, dla którego film „Pokolenie” był debiutem reżyserskim, jak dla mnie aktorskim.

zofiaczerwinska
Zofia Czerwińska, fot. Iwona Puchalska

Czy tamta Zosia, Andrzej i Romek uwierzyliby, jakby wtedy ktoś prorokował im życiorysy?

Z pewnością nikt z nas nawet nie miał odwagi o tym pomyśleć. Łódź była nieoświetlonym miastem. Ciemność to był symbol PRL-u. Aktorzy sporo pili i nie wyciągano z tego względu wobec nich konsekwencji. Dziś aktor pijany zostaje automatycznie wyrzucony. Wtedy płacono za samą gotowość do grania, czyli przyjście do charakteryzatora. Dniówka była wypłacana, nawet jak nie wychodziło się na plan. Trzeba było być tylko w charakteryzacji. Aktorzy przekupywali charakteryzatorów i przychodzili nawet o 5 rano.

Może właśnie dlatego pito?

Naturalnie. Wszędzie smutek i ciemność, nawet w restauracjach, w których były piękne żyrandole, ale paliła się co druga żarówka i już to tworzyło półmrok. Panował też lęk. Ludzie bali się, że jeden doniesie na drugiego. Wajda również uważał na to, co mówi. Panowało wieczne napięcie. Tę ciemność rozświetlali tylko ludzie – piękni aktorzy u boków których miałam szczęście grać. Gdy kończyliśmy film w Warszawie, mieszkałam w pięknym hotelu Polonia, a kiedy kończyliśmy dzień zdjęciowy, tradycyjnie szliśmy się napić. Andrzej Wajda nie pił, chodził jednak w towarzystwie.

Nie miała Pani żadnych dłuższych przerw w aktorstwie. Jak to się robi?

Nie kręcono wiele filmów, grali przeważnie ci sami aktorzy, to i ja z marszu zagrałam w „Popiele i diamencie” i filmie „Eroica”. Będąc w Warszawie, przez dziesięć lat byłam aktorką bez etatu, co zmusiło mnie do kreatywnej przedsiębiorczości. Poszłam na estradę, by wygłaszać monologi. Dobrze sobie radziłam, a estrada stała się moją drugą specjalnością. To ogromna odwaga wyjść samemu na scenę, bez żadnej dekoracji i partnera, aby przez dziesięć minut utrzymać w zainteresowaniu publiczność. W tej chwili jeszcze goszczę na spotkaniach aktorskich i muszę pamiętać, by był to zabawny show. Kiedy dostałam się do teatru Syrena, w którym byłam 30 lat, na początku siedziałam w kącie, ważne były Bielicka, Kwiatkowska, Sienkiewicz, Janowska. A ja zmagałam się z najsłabszymi monologami.

Musiała mieć Pani dużo pokory i zawzięcia, by przetrwać.

Niech pani nie używa słowa pokora w teatrze. Aktor i pokora nie idą ze sobą w parze. Słowo na ustach kwitnie jak róża, ale nikt tej pokory nie widział. Aktor powinien być zarozumiały.

Tak jak wszyscy artyści, ale mimo wszystko rzemieślnicza praca jako aktor, a nie gwiazdorzenie i czekania na tę wielką rolę, jest postawą pokorną.

Gwiazdorzenie jest wtedy, gdy ma się do tego podkładkę. Niektórzy zaczynają wcześniej. Niektórzy są skromni do końca życia jak Bielicka – inteligenta i nigdy się nie wywyższała. Jeżeli powiemy o pokorze, jako o godzeniu się na pracę rzemieślniczą – to zgoda. Biorę więc ten monolog, który dostałam.

I staram się go zagrać jak najlepiej…

Może to nie jest pokora a zawód, profesjonalizm, chęć pokonania i odwrócenia losu. Nie wiem, co to jest pokora, chociaż nie jestem zarozumiała i staram się być skromna wobec siebie. Osoby, które są mi bliskie, mówią, że jestem naturalna. Aktor skromny i pokorny to aktor, o którym nigdy pani nie słyszała. Artysta musi być widoczny.

Często powtarza Pani, że nie wie, jak to się stało, że została Pani znaną aktorką. Dla mnie to postawa pokorna…

Może ma pani rację, nie zastanawiałam się nad tym. Nie wiem, co się stało, że będąc tą aktorką, zyskałam jeszcze popularność dnia codziennego. Ogólną sympatię. Nie rozumiem tego. To nie jest pokora. Absolutnie się sobie nie podobam i nie jest to kokieteria. Dziwię się. Nie wybrałabym siebie. Zorientowałam się, że ludzie, którzy mi kibicują, są inteligentni. Widocznie to się jakoś łączyło. To moje „ja” ma wymiar poza aktorski. Czasem zabłysnę jakimś powiedzonkiem. Bez żadnej pokory – jestem dowcipna i wiem o tym. To przychodzi mi naturalnie. Gdy Morawiecki powiedział, że zakochał się w budżecie, od razu pomyślałam: – Od pierwszego zadłużenia. Na Facebooku mam z tego względu duże lajki. Jest to miejsce, w którym wreszcie mogę rozpropagować te żarciki. A internauci, którzy rozkochali się w hejcie, są przeze mnie od razu blokowani.

Została Pani ikoną humoru PRL. Do tej pory żywe są Pani dialogi z takich produkcji, jak „Czterdziestolatek”, „Alternatywny 4” czy „Miś”.

Dużo śmiesznych rzeczy tworzy się wśród dowcipnych ludzi. Sam Gruza jest szalenie dowcipnym mężczyzną. Polubiliśmy się, nadając na tych samych falach. Gruza w końcu obsadził mnie w „Czterdziestolatku”. I to przy barze. Piliśmy, żartowaliśmy i Jerzy mówi: – Przecież ty masz już czterdzieści lat i jesteś szalenie zabawna. Zagrasz u mnie.

Mieliście świadomość, że uczestniczycie w czymś kultowym?

Nigdy nie ma się tej świadomości. Nie było czegoś takiego, że z podziwem patrzyłam na pracę w serialu. Po prostu dostawałam swoje scenki i je grałam. Nie znałam nawet całego scenariusza. W „Misiu” podobnie. Zagrałam jedną małą scenkę. Jeden dzień zdjęciowy. Do dziś chodzi za mną ta scena. Jestem zapamiętywana. Gdybym miała świadomość, że będzie to coś kultowego, to zapisywałabym każde zdarzenie. W „Czterdziestolatku” najpierw trzeba było przez błota przejść do baraku, gdzie był plan filmowy. Śmierdziało tam niemiłosiernie. Obraz jest dowcipny. Serial cieszy. Na planie filmowym za to nie było żadnego uśmiechu. Było ciężko. Tylko graliśmy uśmiech. Jest taki przesąd, że jak aktorzy śmieją się na planie, to film nie będzie śmieszny. W „Czterdziestolatku” to się potwierdziło. To samo w „Alternatywach 4”. Nic do śmiechu. Jak tylko pojawiało się jedzenie na stole, to pilnował go specjalny ochroniarz, zwłaszcza gdy było to mięso. To było apogeum stanu wojennego. 1982 rok. Luty, marzec, kwiecień. Czołgi na ulicach. Przyjeżdżaliśmy swoimi maluchami, byliśmy rewidowani. Kręciliśmy to na Ursynowie, który dopiero powstawał.

I w tym smutku stworzyliście tak śmieszny i absurdalny film…

Film był kręcony równolegle do rzeczywistości. Najpierw musiałam zagrać śmieszną scenę, że w mieszkaniu nie ma prądu i czeka się godzinami w kolejce po jedzenie, a później wychodziłam z planu i nie miałam nawet już siły stać w prawdziwej kolejce. Chodziłam i kupowałam kartki na bazarze Różyckiego. Było bardzo drogo, ale dzięki temu miałam mięso dla mojej wilczycy. Kartki były zarejestrowane na dany sklep. Najbardziej znienawidzonymi osobami w kolejce były kobiety w ciąży i inwalidzi. Stoi pani w kolejce i widzi, że zostały dwie parówki, a nagle wchodzi kobieta w ciąży. I co ma pani ochotę wtedy zrobić? Winy niezawinione kobiety w ciąży. Coś musiało się jeść. Jeździłam na bazary, gdzie można było kupić wszystko. Oryginalne kartki, które kobiety przemycały w bieliźnie.

Jeden ze słynnych Pani aforyzmów to stwierdzenie, że najlepsze miejsce na namiot jest zawsze trochę dalej. Udało się Pani znaleźć takie miejsce?

Nigdy. W tym powiedzeniu zakochał się mój drogi przyjaciel, Mariusz Szczygieł. Pojechałam raz w życiu pod namiot. Z narzeczonym. Próbowaliśmy rozłożyć kilka godzin tę płachtę do spania. Każde miejsce było złe. To powiedzenie mówi o ludzkim niezadowoleniu. O złych wyborach. Zawsze w życiu miałam złe wybory. Nieomylnie wybierałam najgorszych partnerów. A miałam duże powodzenie. Prawdopodobnie to wszystko było moją winą. Ważniejsza była dla mnie rozrywka, biesiada, bankiet. Ciągle było mi tego mało. Wieczny niepokój i dążenie. Kobieta nie powinna dążyć za niepewnym. Powodzenie u mężczyzn dla kobiety jest przekleństwem.

Za bardzo kusi?

Tak. Trudno jest nie odpowiedzieć na pewne sytuacje. Kiedy ubiegają się o ciebie pod wieloma względami atrakcyjni mężczyźni, to to kusi. Hormony grają. Kobieta się niestety rozdrabnia.

A jak wyobraża sobie Pani to idealne miejsce na namiot?

Już sobie go nie wyobrażam. A kiedyś źle go sobie wyobrażałam. Trudno.

Powiedziała Pani, że starość to rozpacz. Dlaczego?

Za kilkadziesiąt lat się pani dowie.

Mnie starość wzrusza.

Młodą kobietę może wzruszać starość i to jest wzruszające. Bo nie każdego. Starość sama sobą nie wzruszy się na pewno. To jest absolutnie nie w porządku, że człowiek który pracował całe życie i zdarzało mu się być przyzwoitym, dostaje karę a nie nagrodę. Starość jest karą. Jest podatna na dolegliwości, choroby, na zmiany, które są nieodwracalne. Przestajemy być wolni. Chcemy wyjść z domu i nie możemy. Z tą starością jest coś do cholery nie w porządku. Jeżeli jest jakiś stwórca, to mocno się pomylił. Walnął się. Mam to za złe. Nie dlatego, że uważam, że nie ma nad nami Siły Wyższej, bo chyba jest, obojętnie czy ma brodę, czy nie. Taka kolej rzeczy, starość jest nie w porządku. W najlepszym wypadku jest to pomyłka, a w najgorszym świństwo. Dlatego odwołałam starość.

Tak jak jesień, po której tylko może przyjść zima…

Owszem, ale mimo wszystko u was przyjdzie wiosna. A u nas nie będzie już lata. Ta świadomość jest rozpaczą, ale nie każda starość, w którą się wchodzi, jest smutna. Ja cały czas gram, pracuję w serialach i teatrach. Jestem bardziej żywa niż niejeden młody. Gdy wstaję rano i patrzę w lustro, pytam: – Czy pani do mnie? Mam chory kręgosłup. Przepuklinę. To oddziałuje na ruchliwość. Na szczęście jeżdżę samochodem, jestem kierowcą z 60-letnim doświadczeniem.

Jest Pani bardzo asertywną osobą, która potrafi o siebie zadbać. To może wynikać z faktu, że wychowała się Pani w domu, gdzie była miłość.

Z całą pewnością. W moim domu rodzinnym była atmosfera wielkiej, wzajemnej miłości, mam więc w sobie naturalny spokój. Mimo wszystko chciałam szybko z niego wyjść. Dokonywałam często ryzykownych wyborów. Piłam i paliłam, ale nie spróbowałam nigdy narkotyków – tylko dlatego, że po prostu ich nie było. Młody człowiek to ciekawość i otwartość. Nie zaznałam w życiu prawdziwych nieszczęść oprócz doświadczenia powstania warszawskiego. Rozmawiałam kiedyś z panią Hanną Krall, która spędziła powstanie dwie ulice dalej ode mnie. Pani Hania ukrywała się ze względu na pochodzenie. Ja wychodziłam codziennie z piwnicy z psem na spacer. Byłam sama podczas powstania. Tylko ja i  gestapowski pies, którego uratował mój ojciec, a później on uratował życie mnie. Był do tego szkolony. Wykonał swój obowiązek. Podczas pewnego spaceru, w trakcie strzelaniny, pies przewrócił mnie i okrył mnie sobą, dzięki temu przeżyłam. Nie pamiętam, żebym się bała. Chociaż wyszłam z powstania ranna i siwa. Coś mam z tym strachem, że się nie boję.

Los był dla Pani łaskawy.

Los losem, ale jestem pozbawiona przy okazji instynktu samozachowawczego. Wyszłam w trakcie strzelaniny, by wyprowadzić psa.

A tymczasem on uratował Pani życie.

Później w życiu też potrafiłam się ładować w bardzo niebezpieczne sytuacje. Nie jestem pewna, czy nie jest to brak wyobraźni. Wyobraźnia nie jest jedna. Nie mogę sobie wyobrazić, że pójdę w góry, ale mogę wyobrazić sobie, że popłynę w daleką podróż przez ocean.

Mimo że była Pani ryzykantką, potrafiła Pani zadbać o siebie i na przykład zabezpieczyć się na emeryturę…

Jestem łebska. Byłam po czterdziestce, bardziej przed pięćdziesiątką, a mamusia mnie któregoś dnia spytała, jak to będzie z moja emeryturą. A ja odpowiedziałam, że mam wszystko opłacone. Płaciłam składki sama za siebie.

Chodziła plotka, że chce iść Pani do Domu Aktora Weterana w Skolimowie…

To okropna plotka. Mam zupełnie inne plany. Oprócz śmierci oczywiście. W mieszkaniu mam trzy pokoje. Do jednego z nich zatrudnię opiekę. I będę mogła mieć psy i koty. Te same pieniądze, a znacznie większy komfort.

Dogaduje się Pani z rówieśnikami?

Owszem. Mam sporą grupę przyjaciół, którzy korzystają z komputera, Internetu. Są jasno myślący. Pragnący jeszcze czegoś od życia. Pomagam też młodszym kolegom i koleżankom, którzy zaczęli wycofywać się z życia. Już nic ich nie interesuje. Są to już granice nie do przekroczenia. Nie i już. Aktor gra, by nie zwariować, że nie gra. Aktorstwo to narkotyk – jak działka, zwłaszcza estrada. Wychodzi pani na scenę, a publiczność wstrzykuje pani narkotyk. Jeśli tego nie ma, to jest głód, niepokój i lęk.

Zazdrości Pani młodszym kobietom?

Jestem za mało zazdrosna. Aktorka zazdrosna to kobieta, która patrzy na drugą i myśli: szczuplejsza, zadbana i lepiej sobie radzi, jestem zazdrosna i zaczynam chcieć być jak ona. To jest bardzo dobre. Zazdrość jest budująca. Nigdy nie byłam o nic zazdrosna, no, może jedynie, kiedy ktoś zjadł lepszą kiełbasę. To moja słabość. Nie wzorowałam się na nikim. Nie dążyłam do bycia lepszym. Jak na panią patrzę, to tylko ze wzruszeniem. Nie jestem zawistna, a to wielka różnica.

Godzenie się na bycie sobą to właśnie pokora!

Może mam jednak pokorę w sobie, którą wypieram i nie potrafiłam jej nazwać? Nie jestem uparta. Odmówiłam biografii i wywiadów rzek wielu wydawnictwom, ponieważ nie potrafię kłamać. Nie przychodzi mi kłamstwo do głowy, chyba że jest dobrodziejstwem. Ludzie kłamią. Czasem bezwiednie. Widać to właśnie w autobiografiach i wywiadach rzekach. Wydaje mi się, że jestem za małej miki, by opowiadać o sobie.

Wszystko wskazuje na to, że jest światło w tunelu? 

Nie ma tunelu.

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl