Starość nie radość? [Felieton Hanki]

Categories Aktualności, FelietonPosted on

Tym razem zwracam się do towarzyszek niedoli, które spytane o wiek mówią …dziesiąt, a nie …dzieści lat. I tak nie jest źle, bo owe … dziesiąt może oznaczać – jeśli wiek nie kłóci się zbytnio z wyglądem – równie dobrze 55, jak i 65 lat, a może i więcej.

Przekroczona sześćdziesiątka – nie chodzi bynajmniej o 60 kilometrów na godzinę pokonywane samochodem, ale o przeżyte 60 lat na stulecie – nie nastraja optymistycznie. Stąd zasklepianie się wielu seniorów we własnym kokoniku i coraz większa niechęć przed ruszeniem się z domu. Wstyd przed obcymi, a nawet przed dawno nie widzianymi znajomymi (co się z ciebie zrobiło?).

Do licznych zgryzot związanych z nie najlepszą kondycją finansową, fizyczną czy rodzinną dochodzi jeszcze jedna – nie za bardzo możemy patrzeć na siebie w lustrze. Trudno jest się przyzwyczaić do własnego wyglądu, a jeszcze trudniej go zaakceptować. Nawet jeśli dysponuje się sporą sumą pieniędzy i sztabem wynajętych fachowców do pomocy, to nie uda się nam zupełnie odnowić naszej cielesnej powłoki. Będzie tak, jak z remontem starego samochodu – poprawi się jedną część, to nawali następna. Zmieni się np. owal twarzy, to okaże się, że powieki opadają, podniesie się powieki, to wylezą plamy na rączkach, schudnie się, to skórka będzie nam podskakiwać przy każdym kroku, jak zbyt luźne ubranko i tak dalej, i tym podobne.

Trzeba jak Beata Tyszkiewicz spoglądać w lustro, zwłaszcza przed wyjściem, z bezpiecznej odległości, np. półtora metra, by nie psuć sobie dobrego humoru. Marzy mi się rodzaj najcieńszej maseczki przyklejonej do twarzy, by rozmówca mógł ominąć wzrokiem te bruzdy, pieprzyki, zmarchy, fałdy i skupić wyłącznie na tym CO mówię, a nie JAK wyglądam. Bardzo chętnie oddałabym się w ręce specjalistów z programu „Twoja twarz brzmi znajomo”, by wreszcie bez emocji patrzeć na siebie w lustrze,

Zauważyłam jeszcze jedną niesprawiedliwość losu – pielęgnowana, masowana i nakremowana twarz zdradza w większym lub mniejszym stopniu nasz wiek, a ta druga, schowana bezpiecznie pod bielizną, jest całkiem jak nowa, bez zmarszczek, prawie niezmieniona, gładka jak pupcia niemowlęcia do późnej starości.

Tak naprawdę to możemy dla siebie i bliźnich zrobić tylko jedno – starać się jak najczęściej uśmiechać. Nie będziemy ich wówczas straszyć dodatkowo ponurą gębą. Na inne, jak to mówił Załucki nie-do-patrzenia, też można znaleźć radę. Szyja już nie ta – wkładamy golfy, po to je wynaleziono; tu i ówdzie za dużo tłuszczu lub za mało ciała – zakrywamy te miejsca ładnym, dobrze skrojonym materiałem; włoski przerzedzone – chowamy je pod gustownym szalem lub zawadiacką czapeczką. Grunt, to sprawiać schludne wrażenie, ładnie pachnieć, pozbyć się wąsików i śmiać się z siebie.

Wspominając dawne lata, mówimy często: jak mi wtedy było dobrze, jaka byłam głupia, że tego nie doceniałam. Póki żyjemy, jeszcze możemy to naprawić, postarajmy się już od zaraz cieszyć się każdą dobrą chwilą, która się nam przytrafia. Pomyślcie tylko, nigdy już nie będziecie takie „młode” i ładne, jak właśnie teraz.

Starość ma to do siebie, że dobry wygląd i znakomity humor nie powstają z niczego, można je sobie, niestety tylko w części, wypracować. Och, są wyjątki, takie wredne i godne zazdrości leniwce, właścicielki znakomitych jakościowo genów, które do późnych lat zachowują urodę i ładną sylwetkę, nie kiwając palcem w bucie.

Inne panie próbują sobie na dobrą starość zasłużyć, tworząc przez lata system zabezpieczeń: rodzinnych, materialnych, hobbystycznych, towarzyskich, czy też zdrowotnych. Ma on chronić delikwentkę przed samotnością, biedą, nudą i chorobą. Nie ufałabym jednak w stu procentach tym zabezpieczeniom. Ciężka choroba może dopaść każdego, różnica między tą bardziej a mniej zapobiegliwą osobą może polegać tylko na warunkach, w jakich przyjdzie się z nią zmagać. Z rodziną też różnie bywa, a majątek może się rozpłynąć we mgle w każdej chwili.

Mówiąc o ludzkiej zapobiegliwości, nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem jednej prawdziwej historyjki. Pewien pan, mieszkający tuż przed wybuchem wojny w małym domku na obrzeżach Warszawy, wziął na serio wszelkie ostrzeżenia i postanowił się do tego kataklizmu przygotować. Zgromadził imponujące zapasy jedzenia, opału, świec, ubrań i czuł cię całkiem bezpieczny. Niestety, w pierwszych dniach wojny, bomba trafiła w jego domek-magazyn równając go z ziemią. Właściciel był wtedy w „sławojce” (w podwórkowej ubikacji – wyjaśnienie dla młodszych czytelników) i cieszył się ogromnie, że uszedł z życiem. Później okazało się, że bez zgromadzonych skarbów świetnie sobie poradził, przeszło mu też, jak ręką odjął, przejmowanie się tzw. doczesnymi dobrami.

Jak można się więc do starości przygotować? Dbając o przyjaciół, o własne zdrowie i kondycję psychiczną, rozwijając zainteresowania. Sporo energii trzeba poświęcić na konsekwentną walkę z własnym lenistwem – pokonując nieruchawość, zażywając codziennej, leczniczej dawki aktywności – jak i czarnowidztwem, zduszając w zarodku napady chandry i złego humoru.

Cieszmy się też tym, że wiele przykrych rzeczy (lepiej nie zgłębiać tego tematu, cenzura autorska zobowiązuje) mamy już nieodwołalnie „z głowy”. „Ja mam to już za sobą” śpiewali ze wzruszeniem Starsi Panowie.

Jednak każdemu dobrze by zrobiła niejedna konsultacja geriatry, z dodatkową specjalizacją z psychologii, który zatroszczyłby się o całe ciało, nie wyłączając psychiki, wywalił niepotrzebne medykamenty itp… ale co mi się marzy, przecież nie wystarcza ich na obsadzenie oddziałów szpitalnych!

Niby piszę o paniach, ale nie dyskryminuję przecież nikogo ze względu na płeć, panowie też mają takie problemy. Tylko niech mi nikt nie wmawia, że mężczyznom wiek dodaje uroku, bo to nieprawda, sami to wymyślili przez wieki patriarchatu, a reszta świata uwierzyła.

Najważniejsze to żyć i nie przejmować się tym, czego i tak nie możemy zmienić. Tu przyda się aforyzm stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął: „jest jak jest, a będzie co ma być”.

Autorka: Hanka Bagińska

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl