Witamy w tropikach [Felieton Hanki]

Categories Felieton, ZdrowiePosted on

Kiedy we wczesnych latach osiemdziesiątych wpadły mi w ręce przepowiednie Nostradamusa zapowiadające koniec świata, podśmiewałam się troszkę z przewidywanych przez niego na przełomie tysiącleci klęsk żywiołowych: huraganów, gwałtownych powodzi, długotrwałych upałów itp. Prawdę powiedziawszy, myślałam sobie, że i tak nie będzie mnie to dotyczyło, bo roku 2000 nie dożyję. A tu taka niespodzianka. Żyję, ale albo roztapiam się z gorąca, albo brnę przez zalane wodą ulice.

Autorka: Hanka Bagińska

Klimat nam się wyraźnie zmienia, trzeba to przyjąć do wiadomości i próbować przynajmniej jakoś się do tego przystosować. Szkoda, że wszyscy nie mogą upałów przeczekiwać siedząc na leżaczku pod drzewkiem, albo w łódce kołysanej niewielką, jeziorową falką, posiłki jadać (raczej spożywać, to słowo ładniej brzmi) w cienistym sadzie, a sypiać na łące.

Każdy ma własny sposób na przetrwanie gorącego lata w mieście. Mój polega na całkowitej zmianie ubioru i codziennych przyzwyczajeń. W upały chadzam odziana wyłącznie w bawełnę – wyjątkiem są bieliźniane akcenty milanezowe (konia z rzędem temu, kto upoluje bawełniany stanik! Każdy „gryzie”). W szmatowatych, mocno pogniecionych sukienkach, w płóciennym obuwiu i głową przystrojoną kapeluszem ze słomki z szerokim rondem wyglądam wprawdzie na opuszczoną starszawą sierotę, ale przynajmniej garderoba nie klei mi się do pleców.

Zmieniłam też letni jadłospis – najchętniej zajadam różnego rodzaju chłodniki, sałatki warzywne i owocowe, galaretki oraz napoje (wspaniale gasi pragnienie woda mineralna z sokiem cytrynowym i gorąca herbata). Zamiast „solidnych” posiłków przygotowuję porcje przegryzek „na ząb” – czekają w lodówce na przypływ apetytu.

Ponieważ wszelkie kremy, pudry itp. spływają ze mnie w ekspresowym tempie więc je w upały odstawiam. Oklepuję i odżywiam skórę wieczorem, rano wystarcza szybki prysznic (z kąpieli w wannie zrezygnowałam na kilka dobrych miesięcy), dezodorant i odrobina kosmetycznego talku w newralgicznych miejscach (wymieniać ich raczej nie będę). Mocno ograniczam też wszelkie formy działalności domowej. Gotuję o świcie, zaciągam zasłony na oknach. przecieram na mokro podłogi, a przed wyjściem na dłużej z domu robię przeciąg i zawieszam mokre ręczniki na krzesłach.

Południowcy wiedzą, co robią urządzając sobie sjestę w środku dnia, polecam godzinną drzemkę i zwalnianie tempa w godzinach południowych, odbijemy to sobie wieczorem!

Unikam wychodzenia w najgorętszym czasie z domu, chyba że muszę. W mieście staram się nie korzystać z zatłoczonych, rozprażonych tramwajów i autobusów (te zapachy wydzielane przez niektórych panów, a także panie, mogą przyprawić o zawrót głowy, a nawet utratę przytomności!). Jeśli odległość nie jest zbyt duża, rezygnuję z jazdy i docieram do miejsca przeznaczenia na piechotę, wybierając zacienione strony ulic. Na słońcu pojawiam się z rzadka, na krótko i dopiero po godzinie 15.

Natychmiast po przyjściu do domu biorę letni prysznic, lekko się osuszam (nie używam dezodorantów, niech skóra trochę odpocznie, w razie czego łazienka jest pod ręką) i przebieram z ulgą w rodzaj powłóczystej, długiej i bardzo obszernej szaty. Uzupełnieniem tego wytwornego stroju są klapki – nie drewniane, niestety, trzeba mieć litość nad sąsiadami.

Kilka razy dziennie wędruję do toalety, gdzie nacieram kark mokrą gazą i polewam przeguby rąk zimną wodą. Wycieram też wilgotnym ręcznikiem stopy. Gdy zobaczę w lustrze moją własną zaczerwienioną i bliską eksplozji fizjonomię, wchodzę do wanny i polewam chłodną wodą górną część ud. Jest to polecany przez dra Kneippa sposób na „wyregulowanie” ukrwienia i pozbycie się nasilającego bólu głowy z powodu przegrzania. Wkrótce buźka odzyskuje naturalny koloryt i odczuwam wyraźną ulgę.

Nasz słynny wojażer (oj, nie lubię go, ale programy podróżnicze robi dobre) zaleca popijanie wody z sokiem, by oszukać żołądek. Potraktuje ją wtedy jak jedzenie, zatrzyma na dłużej w organizmie zamiast natychmiast wydalić przez skórę. Warte polecenia są też zimne herbatki z miętą i woda z sokiem z dzikiej róży. Wszystkie soki rozcieńczam i to mocno, by został tylko ślad aromatu, tyle w nich chemii i cukru, że tak jest po prostu zdrowiej.

Wieczorem, podczas seansu telewizyjnego, moczę utrudzone stopy w chłodnej wodzie z solą. Potem układam je nieco wyżej, by umożliwić swobodny przepływ krwi. Po zmroku, jeśli zostało mi trochę sił, wybieram się na krótki spacer. Można go zastąpić brodzeniem w wannie w wodzie sięgającej do kostek – jest to kolejny kneippowski sposób na ochłodzenie i wyciszenie się przed snem.

Wcześnie wędruję do łóżka, by poderwać się z niego o świtaniu, kiedy jest najchłodniej – mam wówczas okazję do nadrobienia wszelkich domowych zaległości.

Komentarze

Hanka Baginska

Ukończyła Wydział Filologiczny UW i Studium Dziennikarstwa. Zawodu uczyła się na własnych błędach na stanowisku redaktora naczelnego gazety zakładowej "Elektronowiec". Wymyślała artykuły na każdy temat, przepisywała na maszynie i "łamała" teksty, zajmowała się korektą i kolportażem. Wkrótce zmieniła środowisko i etat na sekretarza redakcji "Żyjmy dłużej", a później"Magazynu stomatologicznego". Od przejścia na emeryturę pisze wreszcie co chce. Bardzo lubi – od wypadku tylko teoretycznie – rajdy górskie, Afrykę, tańce w kręgu i pracę na działce. "Jeszcze żyję, choć marnie".

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl