Pieszy na przegranej pozycji. Niestety

Categories Aktualności, Kultura, Społeczeństwo, Sprawy stolicy, Styl ŻyciaPosted on

Odnoszę wrażenie, że od kilku lat działania urbanistów miejskich są nastawione na wyeliminowanie pieszych z ruchu. Priorytet stanowi dla nich zapewnienie szybkiego i bezkolizyjnego przejazdu kierowcom samochodów. A piesi? Muszą zejść do podziemia albo wspinać się po gigantycznych schodach tylko po to, aby przedostać się na drugą stronę ulicy.

Tekst: Hanna Bagińska

Jak dojadę? – oto jest pytanie!

Załatwienie sprawy – np. przy którejś z tras wylotowych – często wymaga wręcz morza cierpliwości, gdyż najpierw trzeba wręcz wydobyć z internetowego serwisu Jak dojadę potrzebne informacje. Program żąda od użytkownika podania dokładnego adresu początku podróży, ale nawet po wpisaniu tych danych nie udaje się uzyskać wymaganych informacji. Aplikacja anuluje próbę połączenia, następnie pojawi się komunikat, że dane nie są wystarczająco szczegółowe. Z doświadczenia wiem już, że najskuteczniejsze jest opracowanie planu strategicznego z wykorzystaniem jakiegoś znanego adresu i metody dedukcji. Na jego podstawie można wykoncypować, np. na który wiadukt należy się wdrapać, aby osiągnąć wymarzony cel. Przesadzam? Nic a nic. Kuśtykałam o kulach 1,5 kilometra, próbując odnaleźć konkretny adres w alei Krakowskiej – dwukrotnie musiałam wpełznąć na wysokość drugiego piętra. Trzeba iście Herkulesowych sił, aby taki dystans pokonać…

Al. KrakowskaDSC00258
Powie ktoś, że można przecież skorzystać z wygodnych dróg dojazdowych dla wózków – w końcu wydano na nie ciężkie miliony. Jednak wystarczy zobaczyć, jak coś takiego wygląda – np. przy ul. Ostrobramskiej lub w al. Niepodległości – aby stracić ochotę. Można się zmęczyć od samego patrzenia.

Al. NiepodległościDSC00250
Dobrze, dobrze, po co tyle marudzenia – przecież przy wejściach do metra i przy wiaduktach zwykle są windy…

Winda windzie nierówna

Ano są – tylko dlaczego użytkownicy tak rzadko z nich korzystają? Otóż niemal każdy model ma inną, i na dokładkę dość skomplikowaną, instrukcję obsługi. Wyobraźmy sobie tylko kogoś – z laską, kulami czy wózkiem – jak zabiera się do jej studiowania. Osoby starsze, niepełnosprawni i opiekunowie małych dzieci po prostu boją się z wind korzystać. Jesteśmy przyzwyczajeni do urządzeń prostych w obsłudze, montowanych zwykle w blokach mieszkalnych. Na ulicach zwykle mamy jednak do czynienia z różnymi udziwnieniami. Trzeba np. poczekać na sygnał dźwiękowy powiadamiający o dojechaniu na miejsce, trzymać wciśnięty przycisk przez cały czas jazdy (skrzyżowanie ul. Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich), przyzwyczaić się do zamknięcia w klaustrofobicznej, nieprzejrzystej, metalowej klatce, czekając aż pojazd wreszcie dotrze na miejsce (CH Blue City). Gdzie indziej należy trzymać przycisk wciśnięty około minuty, aby windę w ogóle przywołać (Hala Marymoncka). Jeśli w tym samym czasie ktoś będzie chciał ją ściągnąć na inny poziom, możemy tak czekać do wieczora…

Chodniki tylko dla pieszych!

Wiadomo od dawna, że pieszy nie czuje się bezpiecznie na jezdni – może zostać rozjechany nawet na pasach. Obecnie jednak coraz częściej narażony jest na kolizję także na chodniku. Nigdy nie wie, czy zza jego pleców nie wyskoczy nagle pędzący rowerzysta, wrotkarz czy jadący na desce.
Poza tym chodniki są notorycznie zastawiane nieprawidłowo parkującymi autami, co zmusza pieszych do krążenia między samochodami albo do schodzenia na jezdnię. Jest to szczególnie uciążliwe jesienią i zimą, kiedy pieszy nie ma nawet gdzie uskoczyć przed fontannami brudnej deszczowo-śnieżnej brei.
Mamy, podobno, straż miejską, która w porozumieniu z dzielnicowymi powinna egzekwować prawa pieszych. Tak się jednak składa, że nawet wielokrotne skargi mieszkańców pozostają bez interwencji… Domagam się – gromkim głosem! – by oddać pieszym ich chodniki!

Rowerem po bułki…

Od niedawna rowerzyści stali się niemal prawdziwą zmorą pieszych – są wszędzie, wymijają przechodniów, lawirują między nimi na chodnikach (np. na Nowym Świecie w godzinach szczytu), urządzają wyścigi na skwerkach, tarasują dojścia do sklepów, a nawet szpitali. Jest to obecnie modny zdrowy środek transportu i nie mam nic przeciwko podmiejskim wycieczkom ani rekreacyjnym jazdom po wyznaczonych ścieżkach. Mam jednak wrażenie, że rowery coraz częściej zastępują… nogi. Zamiast przejść te 200 metrów do sklepu po kajzerki, wsiada się na rower.
Co więcej – ścieżki rowerowe często zaczynają się w dziwnych miejscach, a kończą niespodziewanie. Czasami ani rowerzysta, ani pieszy nie wie, czy porusza się właściwą trasą.
Po części trzeba też oddać sprawiedliwość cyklistom, gdyż piesi też nie są bez winy – np. paradują żółwim krokiem po ścieżkach rowerowych.

Buspasy też zajęte…

Jeden z działaczy politycznych wystąpił z pomysłem, aby kontrolować samochody osobowe i dopuszczać do ruchu po buspasie tylko te, które wiozą pasażerów. Ciekawe kto, jak i za ile miałby to robić… Autobus zajmuje powierzchnię trzech aut, ale przewozi setkę pasażerów, a w samochodach osobowych w 90% jedzie jedynie kierowca. Gdyby organizacja komunikacji miejskiej była zadowalająca, wtedy wiele osób częściej zostawiłoby swoje auta w garażu lub na parkingu.

Pasażer do domu?

Tak zwane poprzeczne linie autobusowe miały być nowymi liniami ułatwiającymi dostanie się na poszczególne stacje kolejowe i metra. W praktyce jednak okazuje się, że nie są one nowe, lecz powstały na bazie starych, skróconych. Przy okazji polikwidowano połączenia między odległymi dzielnicami – np. z Rakowca mogłam kiedyś dojechać bezpośrednio na Bielany i Bródno, mimo że trochę to trwało… Było to jednak wygodne połączenie, bez problemów docierałam do punktu docelowego. Teraz muszę się dwukrotnie przesiadać, pokonywać przejścia, liczne schody i do tego jechać w ścisku. Znajomi z innych dzielnic mają podobne doświadczenia.
Za to nikomu jakoś nie przeszkadza, że na przykład linie 128 i 175 niemalże się dublują i mają przystanek końcowy przy pl. Piłsudskiego.
Czyżby liczba przesiadek specjalnie wzrosła, bo miasto musi zarabiać? Pasażer traci i pieniądze, i czas, gdyż jest zmuszony czekać na kolejne środki transportu, pokonywać rozliczne schody i skrzyżowania. Lepiej żeby siedział w domu?

Niewygodne udogodnienia

Proponuję, aby ktoś z urzędu miasta poświęcił minimum jeden cały dzień na obejrzenie wszelkich „udogodnień” tego typu. Na początek warto wybrać się do przejść podziemnych, aby sprawdzić m.in. poręcze. Nie trzeba daleko szukać – wokół Dworca Centralnego co chwila natykamy się na drobne braki. Poręcz jest, nawet przyzwoita, mocna i elegancka, ale urywa się niespodziewanie na trzy metry przed poziomem np. ze względu na wystający fragment muru lub dogodne miejsce na reklamę. A pieszy czepia się śliskiej ściany, usiłując się jakoś podeprzeć…

Dworzec CentralnyDSC00257

Komentarze

Hanka Baginska

Ukończyła Wydział Filologiczny UW i Studium Dziennikarstwa. Zawodu uczyła się na własnych błędach na stanowisku redaktora naczelnego gazety zakładowej "Elektronowiec". Wymyślała artykuły na każdy temat, przepisywała na maszynie i "łamała" teksty, zajmowała się korektą i kolportażem. Wkrótce zmieniła środowisko i etat na sekretarza redakcji "Żyjmy dłużej", a później"Magazynu stomatologicznego". Od przejścia na emeryturę pisze wreszcie co chce. Bardzo lubi – od wypadku tylko teoretycznie – rajdy górskie, Afrykę, tańce w kręgu i pracę na działce. "Jeszcze żyję, choć marnie".

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl