Holenderskie okna bez firanek

Categories Kultura, Styl ŻyciaPosted on

W Holandii ciągle utrzymuje się taka właśnie estetyka. Mówi się, że to z powodu protestanckiej religii, która nakazuje otwartość czyli przekonanie, że „nie mamy niczego do ukrycia”, ale chyba to już przeszłość. Ja powiedziałabym, że wręcz przeciwnie: stawia się na parapetach, to, co piękne, to z czego jesteśmy dumni, bo holenderskie okna to swego rodzaju wystawy. Przynajmniej w moim odbiorze. W jednym z nich, vis a vis polskiej ambasady w Hadze, zobaczyłam wystawione indonezyjskie figurki z teatru cieni, które było widać dopiero po zapaleniu, we wnętrzu, światła.

Autorka: Ewa Marynowska

Pamiątki o żeglarskiej potędze

Od XVI wieku imperium tworzyło kolonie w Azji, Afryce Zachodniej i Południowej i obu Amerykach, formując Królestwo Niderlandów. Ten mały kraj zdominował światowy handel, przywożąc do Europy egzotyczne i cenne towary, jak na przykład złoto, brylanty i wtedy drogie – przyprawy. Historię kolonizacji Północnej Afryki rozpoczęła wyprawa Jana van Riebecka w 1652 r., podczas której trzy okręty z pierwszymi osadnikami przybyły do Zatoki Stołowej (nazwa pochodzi od ogromnego kamienia, płaskiego jak stół – na wierzchołku), gdzie wkrótce założono miasto Kapsztat.

Pod koniec wieku XVI bracia de Houtman, zazdroszcząc Portugalczykom, udali się do Indonezji. Na pamiątkę ich dokonań postawiono im w Goudzie pomnik, na którym z czterech stron kolumny wyrzeźbiono brązowe kadłuby statków. A w oknach Holendrów, na stałe, pojawiły się modele statków i żaglowców.

Kokardy, kwiaty i dynie

Pojechaliśmy, zaproszeni przez nieznajomego do Groningen – niewielkiego, ale niezwykle interesującego miasta na północy, z dobrym muzeum i akademią sztuk pięknych. Właśnie trwało święto, a na ratuszu przypięto ogromną kokardę. Prawie całą noc czynne były restauracje i knajpki, gdzie odbywały się koncerty. Ponieważ działo się to we wrześniu, więc wszędzie wystawiano góry z dyń. Powoli ta świetna moda dochodzi do nas. Pokochaliśmy te pomarańczowe kule.

Najpiękniejszą dekorację widziałam w maleńkiej wiosce rybackiej w pobliżu Hagi. Chodzi się tam bardzo wąskimi chodniczkami i z łatwością zagląda w niewielkie okna, które są na wysokości tułowia człowieka. I przez taką, idealnie czystą szybę (patrz: obraz Jana Vermeera, gdzie kobiety szorują ulice) zobaczyłam bardzo stary, brązowy fortepian, a na nim rozłożone ręcznie pisane nuty jednego z utworów wiedeńczyka Josepha Haydna!

Myślę, że w tym stylowym domku już nie mieszkał rybak z rodziną; może jego potomkowie.

W Sopocie, w którym się wychowałam, też zachowało się kilka domków rybackich, w dobrym stanie. Przy okazji odwiedzania mojego miasta sprawdzam, co się w nich dzieje. W jednym z nich jest elegancka knajpka z zachowanym starym piecem. Skąd wiem, że tam był „od zawsze”? Bo mieszkał tam kolega ze szkoły mojego brata. Lubimy tam chodzić i wspominać, pijąc kawę.

Komentarze

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl