Hipokryzja prawa, czyli o przeprawie z opieką nad niesamodzielną matką

Categories Aktualności, SpołeczeństwoPosted on

Postępująca szybko demencja zawiodła moją staruszeczkę matkę na szpitalny oddział psychogeriatryczny. Pierwsze odwiedziny były dla mnie prawdziwym szokiem. Zobaczyłam na własne oczy wyzierającą z każdego kąta oddziału biedę polskiej geriatrii i personel medyczny harujący ponad siły, z pełnym poświęceniem.

Wszyscy pacjenci to bardzo, bardzo starzy ludzie – tacy nieobecni, nieprzytomni, z oczami zapatrzonymi w daleką przeszłość i z trudem odnajdujący się w rzeczywistości. Czas płynie tam wolno i wolniutko sączy się ich życie. Powtarzające się codziennie te same czynności zwiększają tę monotonię, a jedyną rozrywką staje się śniadanie, obiad i kolacja. To takie życie na krawędzi, między niebem a ziemią.

„Proszę pani, proszę pani” – zwróciła się do mnie jedna z pacjentek. „Ja mieszkam tu niedaleko, zapraszam panią do siebie. Ja mam psa, możemy pójść z nim na spacer. Musimy pójść do mnie koniecznie.” Po chwili zapomniała o rozmowie i zajęła się szukaniem zgubionych kapci.

Starszy pan spacerował nerwowo po korytarzu, powtarzając w kółko te same słowa, obok dreptała drobna staruszka, ściskając w dłoniach jak skarb, plastikowe pudełko. Inny staruszek siedząc w fotelu wpatrywał się w ścianę pustym spojrzeniem posągu. Ktoś krzyczał.

Niektórzy pacjenci wydawali się całkiem zdrowi, ale to było tylko złudzenie, po chwili okazywało się, że jest zupełnie inaczej. Takie krótkie powroty do rzeczywistości zdarzają się co jakiś czas, ale nie na długo.

W tym otoczeniu – w łóżku, na korytarzu – zobaczyłam własną matkę. Leżała w półśnie, taka biedna, jakby skurczona, z sączącą się do żyły kroplówką. Speszona pielęgniarka powiedziała, że to miejsce na korytarzu jest tylko przejściowe, jurto będzie umieszczona w sali.

Dobrze, dobrze, odpowiedziałam mechanicznie i patrzyłam na matkę, nie mogąc uwierzyć, że ona jest taka zupełnie inna niż zwykle.

Ocknęła się, poznała mnie i powoli, bardzo powoli powiedziała – „ Grażynko”, po chwili zasnęła z powrotem. Poczułam się nieswojo, tak jakbym była winna temu, że za godzinę wyjdę stąd i pójdę do domu, a ona zostanie sama w tym dziwacznym miejscu.

Następnego dnia było jakby lepiej, wstała i zaczęła spacerować po korytarzu razem z innymi, pomyślałam, że pewnie niedługo wróci do domu.

Przyjeżdżaliśmy do niej wszyscy po kolei, odwiedziła ją nawet dawno nie widziana wnuczka. Wszyscy bardzo przeżywaliśmy tę sytuację.  Zewsząd telefony – co z nią? Jak ona się czuje? To dodawało mi otuchy.

Ostatecznie zaczęłam odwiedzać ją sama.

Po dwóch, może trzech dniach, zobaczyłam matkę siedzącą na fotelu i przywiązaną do niego jakąś białą szarfą, prześcieradłem. Przywiązaną!!!!!!!!!!! Dlaczego?????

Proszę się uspokoić, powiedziała pielęgniarka, pani matka jest bardzo słaba, słania się na nogach i mogłaby upaść gdyby wstała, to dla jej bezpieczeństwa.

No tak, to było logiczne, ale ona próbowała wstać i nie mogła. Odwiązałam ją wreszcie od tego fotela, i z trudem zaprowadziłam do stołówki. Usiadła na krześle, nawet mogła porozmawiać i zjeść ulubionego pączka, którego jej przyniosłam. Była jeszcze ubrana we własną piżamę i szlafrok, ale to był ostatni raz kiedy ją widziałam w jej własnym ubraniu.

Prywatne ubranie proszę zabrać do domu, powiedziała jedna z pielęgniarek, tu używamy ubrań szpitalnych, w pralni i tak się wszystko pomiesza i nie wróci do właściciela.

Ubrania, kapcie, a nawet sztuczne szczęki wędrowały pomiędzy pacjentami, aż wreszcie przepadały bez wieści. Nie było sposobu, żeby to upilnować.

Te szpitalne ubrania wyglądały cudacznie. To takie, to owakie, od Sasa do lasa, ale trudno, jak musi tak być, to niech będzie, w końcu najważniejsza jest terapia.

Przychodziłam codziennie dopytując się, kiedy będzie mogła wrócić do domu, ale z dnia na dzień stan zdrowia mojej matki zaczynał się pogarszać. W końcu przestała wstawać i leżała w pampersach pod kroplówką. Przestała jeść samodzielnie i z trudem była karmiona jakąś zmiksowaną zupą, którą podawano jej przez rurkę z grubej strzykawki.

Wpadłam w panikę. Nie miałam pojęcia, co zrobię z nią w domu. Te pampersy, kroplówki, karmienie strzykawką przez rurkę. Ja tego nie potrafię robić, nie dam rady, nie umiem!!!!

Przyglądałam się pracy pielęgniarek, które zajmowały się moją matką, pytałam jak podłączyć kroplówkę, a one odpowiadały zawsze to samo – „pani tego nie może robić, nie ma pani odpowiednich kwalifikacji i uprawnień”.

Moje przerażenie rosło coraz bardziej, zdałam sobie sprawę, że jedynym wyjściem z sytuacji jest ośrodek opiekuńczo- leczniczy, inaczej być nie może.

Mniej więcej po miesiącu lekarka prowadząca powiedziała, że szpital już nic więcej nie może zrobić, stan zdrowia mojej matki jest stabilny, chociaż poważny i może być wypisana ze szpitala.

Pani doktor rozumiała oczywiście, że konieczna jest w tym przypadku całodobowa fachowa opieka, wystawiła zaświadczenie o stanie zdrowia pacjentki z zaleceniami i skierowała mnie do szpitalnego pracownika socjalnego po dalsze informacje.

Poszłam i chociaż byłam potraktowana bardzo uprzejmie, to informacje, jakie usłyszałam, wprawiły mnie w osłupienie. Dowiedziałam się, że muszę złożyć wniosek do Sądu Rodzinnego i dla Nieletnich o pozwolenie umieszczenia mojej matki w ośrodku bez jej zgody, ponieważ podpisanie takiej zgody w jej stanie świadomości jest niemożliwe. To była niestety prawda, ona nie mogła świadomie tego podpisać, a ja nie mogłam samodzielnie podjąć decyzji, bo to byłoby ograniczenie jej wolności osobistej, jak mi wyjaśniono. Cóż za wyjątkowa troska.

Wypełniłam odpowiednie formularze i z opinią szpitala o stanie zdrowia złożyłam dokumenty w sądzie. Tu rzucono mi następną kłodę pod nogi pod nazwą procedura, która to w tym kraju od dawna zastępuje zdrowy rozsądek. Sąd powoła biegłego, który potwierdzi, albo nie, diagnozę szpitala i na tej podstawie, w odpowiednim terminie, sędzia podejmie postanowienie. Całość postępowania może potrwać do trzech miesięcy. Do trzech miesięcy? A co w międzyczasie?

Dowiedziałam się, że w państwowym ośrodku są tak zwane miejsca komercyjne, które na pewno są dostępne, ale za ponad 4 tysiące złotych miesięcznie w przeciwieństwie do miejsc w tym samym ośrodku za 70% wypłacanej przez ZUS emerytury, ale po pozytywnym orzeczeniu sądu. Patrzcie państwo, za raptem cztery tysiące znika ograniczenie wolności osobistej i niczyje postanowienie nie jest potrzebne. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają wszelkie przeszkody. Tylko kogo na to stać? Wszechobecna w tym kraju hipokryzja jest porażająca.

Przez całe lata pracy potrącane są składki zdrowotne, rentowe, takie owakie, bez niczyjej zgody, a kiedy chciałoby się z nich skorzystać, zaczyna się tor z przeszkodami.

Ostatecznie na czas oczekiwania można by zabrać matkę do domu, pokój jest przygotowany, nawet szpitalne łóżko się znalazło, już wiem co z pampersami, odpowiednim materacem, wszystkiego się dowiedziałam. No i co z tego? „Pani nie ma uprawnień do podłączenia kroplówki”.

Poza tym musiałabym dyżurować cała dobę na okrągło i karmić ją tą strzykawką, a gdyby coś poszło nie tak? Gdyby się zadławiła? Co wtedy? Gdyby pomoc nie nadeszła wystarczająco szybko? Wiadomo, wtedy mogłabym być oskarżona o nieumyślne spowodowanie śmierci. Gdzieś kiedyś słyszałam o podobnym przypadku. A jakże, wtedy potraktują człowieka z całą surowością prawa.

Muszę pomyśleć jak to wszystko rozwiązać, mam jeszcze kilka dni i wierzę, że sobie poradzę, ale NFZ-owi nie odpuszczę, wyegzekwuję to postanowienie.

Autorka: Grażyna Tarnowska

Komentarze

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl