Ekonomia uwagi

Categories SpołeczeństwoPosted on

Takie mamy czasy, że wszyscy i wszystko, na wyścigi, rywalizują o naszą uwagę, przelotne spojrzenie. choćby Pełen wachlarz: od szyldozy w Zakopanem; przez bilbordy, od których kierowcy wjeżdżają sobie w bagażniki, krzyczące reklamy (kliknij, kup, zadzwoń teraz), wstrząsające kampanie w sprawie 1% naszych podatków; emocjonalne szantaże zapewniające, że bez tej książki, farby do włosów, kosiarki jesteśmy do bani i nie zasługujemy na miłość; po to, wreszcie, co wyrabia mój telefon (ciągle coś mi komunikuje i ode mnie chce: wyraź zgodę, zaktualizuj, pobierz); i na deser, osobna para kaloszy czyli internet.

Autorka: Katarzyna Władyka

Ktoś to opisał, ktoś to bada

Idealiści by chcieli, żeby człowiek kierował się swoim wnętrzem, przemyślanymi hierarchiami wartości i potrzeb. Nic z tego. Jesteśmy pod przymusem i paradoksalnie nie zniewala nas, to co zniewalało poprzednie pokolenia. Jako ludzkość stajemy się coraz bardziej zewnątrzsterowni, a niewidzialna kontrola jest pochodną wolności i rosnącej palety wyborów.

Na przełomie wieków, Amerykanin Michael Goldhaber i Austriak Georg Franck w swoich rozprawach naukowych wprowadzili i opisali pojęcie „ekonomii uwagi”. Ich zdaniem świat odchodzi od epoki, którą cechowała masowa produkcja materialna. Infrastrukturę cywilizacyjną stanowił przemysł, zaś ekonomia mówiła tylko o pieniądzach, cenach, inwestowaniu, oszczędnościach, prawie podaży i popytu itd. Współcześnie te kategorie już nie wystarczą; nie odsyłamy ich całkiem do lamusa, ale musimy opisywać świat innym językiem. Zmienił się substrat ekonomiczny, powstaje „nowa ekonomia”, następuje jej dematerializacja.

Już w połowie lat 80. Jean Bourdieu przepowiadał, że w najbardziej rozwiniętych krajach powstanie rynek dóbr symbolicznych; i szybko stanie się ważniejszy od rynku dóbr materialnych. Jest to o tyle pół prawdy, że nasza uwaga i zainteresowanie są powszechnie monetaryzowane; nikt się o nas nie bije pro bono. Dobra reklama, wysoka klikalność, marketingowo wykreowane automatyczne skojarzenie (Lexus – luksus, Loreal – jesteś tego warta, Noc muzeów – bywam, uczestniczę itp.), słupki oglądalności czy poczytność gazety, portalu (plus jakościowi odbiorcy, najlepiej majętni lub 16+ – wiadomo : rozwojowo ma być) są po prostu na wagę złota. Stąd, dalej rozmawiamy o ekonomii, a nie o symbolice.

Wspomniany Michael Goldhaber stwierdził wręcz, że trzeba nam odkryć prawa ekonomiczne nowej generacji. Zapewne dla tradycyjnych, profesjonalnych ekonomistów brzmi to jak herezja. Ale chodzi o prawa inne od tych, które znamy, mianowicie o takie, które objaśnią świat globalizacji, cyberprzestrzeni, sieci, rzeczywistości wirtualnej i całkiem realnej batalii o naszą uwagę. Nad tym jak ją przykuć i pozyskać pracują sztaby naukowców; w służbie rynkowi.

Zbigniew Brzeziński powiedział: „Wkroczyliśmy w epokę, w której nauki przyrodnicze przeobrażają się z narzędzia podboju środowiska zewnętrznego; w narzędzie podboju – by tak rzec – wewnętrznego środowiska człowieka. Inaczej mówiąc, nauka przechodzi – od podboju natury do podboju istoty ludzkiej. Dotychczasową historię człowieka można było opisać jako ciągły postęp w rozwijaniu naszej zdolności do rozumienia i kontrolowania zjawisk wobec nas zewnętrznych: uprawa roli, przemysł, ekonomia, wyprawy kosmiczne to kolejne kroki w osiąganiu zdolności do zapanowania przez ludzkość nad środowiskiem zewnętrznym. Obecnie najbardziej dramatyczne odkrycia naukowe odnoszą się, w coraz większym stopniu, do kontroli wewnętrznej – do tego, czym istota ludzka jest i czym może się stać”.

Zatrzymać spojrzenie

Koncepcja ekonomii uwagi nawiązuje do problemu nadmiaru informacji i przebodźcowania społeczeństw dobrobytu; w tym kontekście uwaga jest dobrem szczególnie cennym, tym bardziej, że jest zasobem ograniczonym, wręcz deficytowym. Wcześniej było jasne: popyt – podaż, obecnie w wielu krajach zdolność wytwarzania dóbr przekracza dalece naszą zdolność ich konsumowania, nawet jeśli ona stale rośnie. Stąd nowy zawód – pozyskiwacz uwagi; jego zadaniem jest „przekrzyczeć” konkurencję, a do tego potrzeba coraz większej tuby lub chwytliwego pomysłu, jak odwrócić naszą uwagę od innych i skierować na właściwe tory.

Gracze rynkowi funkcjonują w tzw. pomasowym paradygmacie spełnienia, w którym czyni się wszystko, aby zaspokoić klienta. Przede wszystkim indywidualizuje się produkty i usługi pod jego gusty. Im bardziej się produkty indywidualizuje, tym więcej potrzeba wysiłku i innowacyjności, aby pozyskać jak najwięcej „indywidualnych uwag”. Ogłoszona passé, ekonomia przemysłowa opierała się na produkcji typowych egzemplarzy (karton mleka, czarny ford); monopoliści na rynku mediów docierali z tymi samymi, zestandaryzowanymi, przekazami do wielomilionowej publiczności. Kupowały uwagę hurtowo, kreując przy okazji człowieka masowego. To już należy do przeszłości; teraz mamy czas pogoni za innowacyjnością, czas „indywidualnych” wyborów i bezpardonowej walki o receptywność ludzi.

Wszechobecność chaosu bodźców i szumu informacyjnego (u mnie, dzisiaj, wygląda to tak: komórka w kieszeni, laptop online na biurku, w tle tradycyjne media, a na stacjonarny telefon dzwoni telemarketer, który już wie, że powinnam schudnąć – a jeszcze jestem w szlafroku!) czyni deficyt uwagi bardzo demokratycznym. Jednak bronić swoich zapasów musimy w pojedynkę, bo inaczej zostaną zawłaszczone przez rynek i wyciśnięte jak cytryna. W kwestii uwagi bądźmy więc uważni i czujni, nasz czas i energia są cenne i mają prawdziwą wartość – nie tylko materialną, o którą toczy się bój, ale nade wszystko osobistą i społeczną; dla siebie, dla rodziny – to hasło też zapewne gdzieś mi wpadło w ucho (Tesco?). Tymczasem, asertywnie klikam „nie teraz”, gdy mój sprzęt domaga się aktualizacji aplikacji, która, za żadne skarby, nie wiem do czego służy.

Komentarze

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl