89 szczęśliwych lat – rozmowa z onkologiem

Categories Aktualności, RozmowyPosted on

Nieduże mieszkanie w budynku z lat 60. ubiegłego wieku, w samym centrum Warszawy. Starannie zagospodarowane, ani jednego zbędnego sprzętu. To tu rozmawiam z profesorem medycyny, słynnym onkologiem, Andrzejem Kułakowskim, który 10 sierpnia będzie obchodził 89 urodziny. Siedzimy na kanapie, przy niskim, modnym niegdyś stoliku, zwanym jamnikiem. Na stoliku sterta czasopism i gruby tom, najnowsze dzieło Normana Daviesa. Profesor częstuje kawą „po irlandzku”.

– Dorastał pan w burzliwych czasach. Proszę o garść wspomnień.

– Ojciec mój, Witold Kościesza-Kułakowski był oficerem zawodowym. Brał udział w I wojnie światowej. Po wojnie, na terenie Francji i Belgii organizował grupy „Strzelca”. Niestety w wieku 33 lat zapadł na chorobę nowotworową, którą leczono za pomocą radu. Ojciec zmarł z powodu śmiertelnego krwotoku. Byłem zbyt mały, by go zapamiętać. Wiedziałem jednak, jak żył i byłem z niego dumny. Gdy miałem zaledwie 10 lat wybuchła II wojna światowa. Z mamą i starszą siostrą mieszkaliśmy w Warszawie Nasz dom został zbombardowany i spalony. Straciliśmy wszystko, ale zachowaliśmy życie… Podczas okupacji niemieckiej wstąpiłem do Harcerstwa Polskiego (nie mylić z Szarymi Szeregami), a potem do NOW-AK gdzie ćwiczono nas na łączników wojskowych. Mama, która była pracownicą PZUW (Państwowego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych), dostała pożydowskie mieszkanie przy ulicy Chłodnej 20. Było ono duże i miało dwa wejścia. Idealne miejsce na tajne zbiórki harcerskie. Ja uczyłem się wówczas w tak zwanej szkole ogrodniczej (w rzeczywistości było to gimnazjum). Wakacje spędzałem u kuzyna w Baranowie nad Wieprzem. Kuzyn był lekarzem. Oprócz tego, że leczył miejscową ludność, nocami udzielał pomocy partyzantom, niekiedy nawet ich operował. Myślę, że to mi bardzo imponowało.

I oto nastąpił dramatyczny moment. W lipcu 1944 roku wyjechałem do Baranowa. Zawiozłem tam zaszyte w płaszczu pismo do dowódcy akowskiego zgrupowania w lasach Janowskich. Myślę, że dotyczyło ono akcji „Burza”. Tymczasem 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Kilka dni później na Starym Mieście Niemcy zorganizowali pułapkę, ustawili pojazd nafaszerowany trotylem. Wielu moich kolegów, powstańców i ludności cywilnej zgromadziło się przy tym czołgu, pragnąc go przejąć. Nastąpił potworny wybuch. Działo się to przy ulicy Kilińskiego. Zginęło wówczas ponad 200 osób. Zdarzenie to upamiętnia tablica pamiątkowa. Ja straciłem wtedy kilku moich wspaniałych kolegów. Gdybym nie wyjechał wówczas do Baranowa, nie byłoby mnie na tym świecie. A w Baranowie, patrząc jak kuzyn ratuje ludziom życie, postanowiłem, że zostanę chirurgiem.

– No, ale chirurgia, to jeszcze nie onkologia.

– Tu w jakimś stopniu zadecydował przypadek. Ukończyłem w 1948 roku liceum Batorego i dostałem się na medycynę. Byłem bardzo aktywnym studentem, pomagałem przy operacjach, a na IV roku, będąc w grupie docenta Nielubowicza, operowałem już wyrostki. Na V roku złożyłem podanie o asystenturę, niestety zostało odrzucone z przyczyn politycznych. Wówczas, był to rok 1953, przyjął mnie do pracy w Instytucie Radowym profesor Tadeusz Koszarowski. Onkologia dopiero raczkowała. Zapragnąłem się nią zająć. W roku 1960 zostałem wysłany na szkolenie do Anglii. Zająłem się nowotworami głowy i szyi. Poznałem chirurgię plastyczną. Później pogłębiałem tę wiedzę w USA. W Polsce to były początki chirurgii rekonstrukcyjnej.

– Był Pan bardzo mocno zaangażowany w sprawy zawodowe. Czy wystarczyło czasu i sił na życie osobiste?

– Ożeniłem się w roku 1952 z koleżanką ze studiów, która wybrała jako specjalizację neurologię. Z tego związku urodził się syn, który poszedł w ślady rodziców, ukończył medycynę i został kardiologiem.

– Czy jako medycy prowadzili państwo zdrowy tryb życia?

– Niestety, to jest piękny zawód, ale mocno stresujący. Oboje paliliśmy papierosy. Wszyscy wtedy palili. Ja przestałem w latach 80. Moja żona paliła dalej. Zmarła w roku 2000. Wtedy nie byliśmy już razem. Można powiedzieć, że nasze małżeństwo „wypaliło się”. Działaliśmy w trochę innym środowisku, coraz mniej było tematów wspólnych.

– To nie był Pana jedyny związek?

– Tak, ponownie się ożeniłem. Tym razem z prawniczką. Wybudowaliśmy piękny dom w Konstancinie. Zdawałoby się, że to będzie miejsce docelowe. Jednak tak się nie stało. Po latach dom został sprzedany, a nasze drogi rozeszły się. Żona wróciła do swojego mieszkania, a ja do swojego.

– Ale nie jest tu Pan sam?

– Nie. Mam bliską sercu osobę sporo ode mnie młodszą. Taki układ uważam za optymalny.

– Na wstępie, gdy się spotkaliśmy, powiedział pan, że czuje się szczęśliwy. To nie jest częste odczucie u ludzi w mocno starszym wieku. Co składa się na to poczucie szczęścia?

– Mogę wymienić kilka elementów. Pierwszy jest taki, że w ogóle znalazłem się na tym świecie. Drugi, że właśnie tu, w Polsce, a nie na przykład w którymś z głodujących krajów afrykańskich. Trzeci, że dopisało mi zdrowie, miałem wprawdzie swego czasu problemy kardiologiczne, ale mój syn wszczepił mi rozrusznik serca i od tego czasu „chodzę na bateryjkę”. Ważnym powodem dla jakiego mogę uznać swoje życie za udane i szczęśliwe jest mój zawód. Dawał możliwości wielokierunkowego działania, pozwalał leczyć szybko i skutecznie. Dawał poczucie, że jest się potrzebnym innym, ludzie okazywali swoją wdzięczność. Warto wspomnieć, że działałem w czasach ogromnego rozwoju onkologii i miałem swój udział w tym rozwoju. M.in. uruchamiałem Centrum Onkologii na Ursynowie i byłem jego dyrektorem naczelnym w latach 1991–1998. Dzięki onkologii, a konkretnie, dzięki współpracy międzynarodowej zwiedziłem wiele krajów świata, m.in. byłem w kilku krajach Ameryki Łacińskiej. Poznałem ośrodki onkologiczne w całej Europie, a jest ich ponad 80. Byłem również prezesem organizacji europejskich centrów onkologii.

Powodem mojej satysfakcji jest też fakt, że miałem szczęście do ludzi. Jestem przekonany, że w całym moim długim życiu nie zrobiłem nikomu krzywdy. Mam wielu przyjaciół, niektórzy to dawni koledzy z Batorego. Raz w miesiącu spotykam się w Klubie Lekarza z grupą kolegów i koleżanek tworzących tak zwany KOS czyli Klub Onkologów Seniorów. 85-latkom wręczamy taką specjalną zawieszkę, dla której inspiracją były okazy przyrodnicze. Zawieszka nazywa się „Pomnik Przyrody Prawem Chroniony”. Jak widać poczucie humoru nas nie opuszcza.

– Kiedyś uprawiał Pan narciarstwo, żeglarstwo. Żałuje Pan, że z wiekiem trzeba było z tego zrezygnować?

– Zrezygnowałem też z prowadzenia samochodu. Trzeba korzystać z tych przyjemności, które są dostępne. Mam elektryczny miniskuter, do którego osobiście zamontowałem dwa dodatkowe małe kółka, aby był stabilny. Na tym pojeździe mogę wybierać się na dłuższe spacery. Nie narzekam na swoją sytuację. Mam dużo czasu. mogę czytać książki, oglądać telewizję.

– Dożył Pan pięknego wieku, co by Pan radził seniorom? Wiem, że opracował Pan przy pomocy Fundacji „Tam i z Powrotem” specjalny Poradnik Seniora, którego nakład jest już wyczerpany, ale fundacja stara się o fundusze na jego dodruk.

– Co bym radził? Do starości trzeba się przygotować. Przede wszystkim poprzez zgromadzenie oszczędności, które mogą być przydatne np. na wykupienie zabiegów rehabilitacyjnych, na koszty usług stomatologicznych, okulistycznych, kosmetycznych, zakup sprzętu, ułatwiającego seniorowi funkcjonowanie. Następna sprawa, to tryb życia. Jak wiadomo szansa dożycia sędziwego wieku to w 50% sprawa genotypu, a w 50% trybu życia, czyli sposobu odżywiania, odpowiedniej dawki ruchu, regularnego wysypiania się.

– Ostatnio czytałam, że samotność nie sprzyja staremu człowiekowi. Jest groźna, podobnie jak otyłość.

– Dobrze mieć przyjaciół, albo przynajmniej znajomych. O znajomych jest łatwiej, możemy ich poznać uczęszczając na zajęcia dla seniorów organizowane przez uniwersytety trzeciego wieku, domy kultury, centra aktywności seniora. Senior aktywny fizycznie i umysłowo będzie zdrowszy i z pewnością nie będzie czuł się osamotniony.

– Jakiś czas temu byłam w Centrum Nauki Kopernik na spotkaniu poświęconym starości. Jedna z prelegentek sugerowała seniorom, aby nosili przy sobie własnoręcznie podpisany dokument mówiący o tym, że osoba podpisana w przypadku groźnego udaru lub innego ciężkiego i niosącego za sobą nieodwracalne konsekwencje zdrowotne schorzenia, nie życzy sobie stosowania wobec niej uporczywej terapii. Co Pan profesor o tym sądzi?

– Niech odpowiedzią będzie informacja, że w moim Poradniku Seniora jest tekturka, na której senior wpisuje swoje dane oraz dane opiekuna. Osoba. która ukończyła 85 lat może wpisać: proszę mnie nie reanimować. Reanimacja w tak późnym wieku jest sprawą dyskusyjną. Może spowodować połamanie żeber, różne porażenia i w samej rzeczy przedłużyć nie życie, a umieranie.

– Czy Pan profesor podpisał takie zalecenie w stosunku do swojej osoby?

– Oczywiście. Egzemplarz takiego oświadczenia należy przechowywać w lodówce. Lodówka, to sprzęt, który jest w każdym domu. Służby ratownicze są poinformowane, że taki dokument może znajdować się w lodówce seniora. To jest niesłychanie ważne w przypadku, gdy senior sam nie może udzielić takiej informacji.

– Dziękuję Panu profesorowi i życzę jeszcze długich lat w dobrym zdrowiu.

 

Rozmawiała: Barbara Moroz

Komentarze

Basia Moroz

Po ukończeniu studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim podjęła pracę dziennikarską w tygodniku studenckim ITD, potem zatrudniona jako redaktor naczelna w Przyjaciółce, z której to funkcji złożyła rezygnację po ogłoszeniu stanu wojennego. Wówczas podjęła kilkuletnią pracę w tygodniku Sportowiec, a po jego likwiidacjji i przejściu na wcześniejszą emeryturę współpracowała z prasą lokalną: Herold Białołęcki, Nowa Gazeta Praska, Czas Warszawski. Od kilku lat pisuje do Zdania Seniora, obecnie Dojrzali Wspaniali. Interesują ją sprawy społeczne i tematy kulturalne.

ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER!

FreshMail.pl